
Niestety zdecydowały się wsiąść do samochodu, którym jechali mężczyźni będący pod wpływem alkoholu. Bogusław (†27 lat) miał 1,84 promila alkoholu we krwi, a Sławomir (†24 lata) – 1,81 promila. Prokuratura Okręgowa w Przemyślu, prowadząca śledztwo w tej sprawie, nigdy nie ustaliła jednoznacznie, kto w chwili wypadku prowadził pojazd, gdy auto dachowało, a następnie wpadło do rzeki.
Stan, w jakim znajdowały się ciała ofiar, uniemożliwił dokładne odtworzenie przebiegu ostatnich chwil tragedii. Wiadomo jednak, że pasażerowie próbowali ratować się, odpinać pasy bezpieczeństwa i wydostać z tonącego samochodu. Walka o życie zakończyła się jednak niepowodzeniem. Do dramatu doszło dokładnie o godzinie 21.00 w pierwszy dzień świąt. To właśnie wtedy urwał się sygnał telefonów komórkowych wszystkich ofiar. Daewoo Tico, którym podróżowali, po wcześniejszym dachowaniu znalazło się w wezbranych wodach Wisłoka. Mętna woda błyskawicznie wdarła się do środka przez rozbite szyby, nie pozostawiając młodym ludziom żadnych szans.
— Przyczyną śmierci było utonięcie — informowała wówczas Marta Pętkowska, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Przemyślu. — Żadne z nich nie odniosło poważnych obrażeń mechanicznych — doprecyzowała.
Pierwsze dni 2018 roku upłynęły w Tryńczy pod znakiem kolejnych pogrzebów. Każdy z nich gromadził tłumy mieszkańców, którzy w ciszy i bólu wspierali pogrążone w rozpaczy rodziny. Wstrząs po tragedii był tak wielki, że nawet po latach trudno znaleźć osobę, która nie pamiętałaby tamtych wydarzeń.
— Mam to przed oczami, jakby wydarzyło się wczoraj. Mój mąż jest strażakiem ochotnikiem, brał udział w poszukiwaniach jeszcze w święta, a potem był przy wydobywaniu samochodu. Stałam wtedy na moście, widziałam rozpacz rodziców dziewczyn. Wszyscy się tu znają, to była tragedia całej miejscowości. Ojciec sióstr powiedział później, że najgorsza jest cisza w domu, która została na zawsze. Mieli tylko te dwie córki, tak bardzo na nie czekali… i stracili obie jednego dnia — wspominała jedna z mieszkanek.
Jak dodała, po tamtych wydarzeniach długo towarzyszył jej strach. — Wracając do domu, ciągle pytałam męża, czy nasze dzieci są w środku. U nas zawsze było głośno, pełno rozmów, śmiechu i sprzeczek. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak to jest wejść do domu i usłyszeć tylko ciszę — mówiła.
Krzyż nad Wisłokiem
W miejscu tragedii do dziś stoi duży metalowy krzyż. Bliscy i znajomi ofiar regularnie przychodzą tam, by zapalić znicze i złożyć kwiaty. Jest ich zawsze wiele. Pamięć o Annie, Dominice, Klaudii, Bogusławie i Sławku wciąż pozostaje żywa. Nad brzegiem Wisłoka w Tryńczy nikt nie przechodzi obojętnie obok symbolu tragedii, która na zawsze naznaczyła tę miejscowość.